LESZEK MOŻDŻER, LARS DANIELSSON, ZOHAR FRESCO – „Polska”

Bez kategorii

5 Lis 2013  

Możdżer Danielsson Fresco – Africa


http://www.youtube.com/watch?v=rNhKcmQqNxc

To, co naj­lep­sze w im­pre­sjo­ni­stycz­nej pia­ni­sty­ce Moż­dże­ra i pol­skim jaz­zie, et­nicz­ny kli­mat bęb­nów Zo­ha­ra Fre­sco i polot skan­dy­naw­skie­go chło­du w kon­tra­ba­sie Da­niels­so­na. „Pol­ska” to ko­lej­na płyta w do­rob­ku tria, która jest – tak zwy­czaj­nie, bez­pre­ten­sjo­nal­nie i po pro­stu – pięk­na.
Już przy pierw­szym kon­tak­cie z albumu w uszy rzuca się przede wszyst­kim więk­sza, niż to miało miej­sce do tej pory (tj. na dwóch po­przed­nich al­bu­mach tria) for­mal­na po­wścią­gli­wość kom­po­zy­cji. Mniej tu wspo­mnia­nych im­pre­sjo­ni­stycz­nych plam, ma­lo­wa­nia oni­rycz­nych pej­za­ży dźwię­ko­wych, trud­nych do uchwy­ce­nia w ramę, efe­me­rycz­nych kon­struk­cji, cien­kich, de­li­kat­nych i rów­nie skom­pli­ko­wa­nych, co sieć pa­ję­cza. W za­mian, z ta­kich ilu­stra­cyj­nych wstę­pów, wy­ła­nia­ją się kla­row­ne i wy­raź­ne te­ma­ty, czyli myśli prze­wod­nie ca­łych kom­po­zy­cji – prze­pięk­ne zresz­tą – łatwe do przy­swo­je­nia, za­pa­mię­ta­nia, nawet za­nu­ce­nia. I może wła­śnie dla­te­go trze­ci na­gra­nio­wy efekt współ­pra­cy mię­dzy­na­ro­do­we­go tria, wy­da­je mi się jakby naj­bar­dziej pol­ski. Poza tym… być może to prze­sad­na nad­in­ter­pre­ta­cja, być może zbyt­nia su­ge­stia ty­tu­łem, ale w pierw­szych akor­dach for­te­pia­nu Moż­dże­ra, w utwo­rze otwie­ra­ją­cym album – „Chai Pe­imont” – w tych sub­tel­nie dy­so­nu­ją­cych in­ter­wa­łach i ryt­mi­ce, sły­szę wręcz echa ma­zur­ków Szy­ma­now­skie­go, szcze­gól­nie tych z op. 50. A to, w po­łą­cze­niu ze wschod­ni­mi za­śpie­wa­mi Fre­sco, two­rzy nie­zwy­kły kli­mat.

Bo wła­śnie mimo tych ko­sme­tycz­nych zmian, na al­bu­mie nie bra­ku­je ty­po­wych dla ze­sta­wu Moż­dżer/Da­niels­son/Fre­sco od­nie­sień do kul­tur świa­ta. Już samo brzmie­nie per­ku­sjo­na­liów Fre­sco i jego wokal, nie­chyb­nie przy­wo­łu­je nam kli­mat mu­zy­ki bli­skow­schod­niej. Z kolei po­kry­cie ca­ło­ści płasz­czy­kiem mu­zycz­nych nie­do­po­wie­dzeń, gra­nie ciszą, aura ta­jem­ni­czo­ści, roz­le­głe akor­dy, wy­peł­nia­nie so­no­ry­stycz­ny­mi efek­ta­mi (szumy, brzęk­nię­cia, od­de­chy) – to prze­cież cały kli­mat mu­zycz­nej Skan­dy­na­wii, bli­ski już Gar­bar­ko­wi czy w ogóle ka­ta­lo­go­wi ECM. A więc pa­no­wie po raz ko­lej­ny po­ka­za­li, że są ewe­ne­men­tem na świa­to­wą skalę, bo będąc triem, po­tra­fią jed­no­cze­śnie za­cho­wać wy­raź­ne in­dy­wi­du­al­no­ści i wspól­nie grać jak gdyby byli jed­nym or­ga­ni­zmem. Wa­lo­rów kom­po­zy­tor­skich, wir­tu­ozer­skich i tech­nicz­nych ta płyta ma oczy­wi­ście całe mnó­stwo. Po­le­cam jed­nak za­miast na tym, skon­cen­tro­wać się na dru­gim dnie mu­zy­ki Moż­dże­ra, Zo­ha­ra i Da­niels­so­na – tego, w jaki spo­sób opo­wia­da­ją nim o świe­cie, i tym na ze­wnątrz nas i tym w środ­ku, emo­cjo­nal­nym. Każdy utwór jest tu hi­sto­rią, ma­ją­cą swoją od­ręb­ną nar­ra­cję. Warto dać się po­rwać tej opo­wie­ści.