Miss Is Sleepy – “En Route EP”

Nowa muzyka

23 Kwi 2016   , Video

Ach ten Poznań.miss

W czasach świetności południowo-londyńskiej elektroniki, wielkiego powrotu do łask mainstreamowego, cukierkowego popu i skrajnie odmiennego, nazywanego wręcz hipsterskim minimalizmu, na rynek wpada jak piorun kulisty “En Route”, debiutancka EP-ka poznańskiego Miss Is Sleepy. Pioruny te mają jednak to do siebie, że mogą siać spustoszenie, ale mogą też… przemknąć niezauważalnie.

Duszne pięć piosenek, zarejestrowanych na kilkunastominutowej płycie, aż prosi się o rozwinięcie do poziomu LP. Czasy, w których Linkin Park wydawali albumy trzydziestominutowe (patrz: legendarna “Meteora”), odeszły już w niepamięć, bo pokusić się o tak skondensowane dźwięki mogli zaledwie wirtuozi bądź szaleńcy. To, co charakterystyczne dla krótkich albumów, to geniusz ujęty w zaledwie kilku dźwiękach, geniusz odczuwalny na każdym możliwym poziomie, taki, którego nikomu nie trzeba udowadniać rozbudowanymi jak w rocku progresywnym kompozycjami.

Krótkim, acz smakowitym kąskiem była EP-ka “Enough Thunder” Jamesa Blake’a z 2011, wydana może po to, by potwierdzić geniusz debiutanckiego materiału, a może właśnie dlatego, że artysta miał w zanadrzu sześć tak dopieszczonych utworów, by po wysłuchaniu zawartości krążka nikt nie miał wątpliwości, że ma styczność z elektronicznym majstersztykiem. Czy tak jest w przypadku “En Route”?

Miss Is Sleepy broni się wielogodzinnymi rozmowami odbywanymi przez całe trio, które poprzedziły zarejestrowanie materiału, ale z tym jest jak z reżyserem broniącym swój film, który może powiedzieć: “jest w nim dużo głębi – jeśli nie zrozumiałeś, wiedz, że na planie wszyscy twórcy byli adekwatnie zachwyceni scenariuszem”. Fascynujące, tylko że… Materiał ma obronić się sam.

Nie jest źle, jeśli rozmowy dotyczyły życia i przemijania i umiejętności wplatania tych arcytrudnych tematów do muzyki. Gorzej, jeśli trzeba wejść do studia i odzwierciedlić to, co omawiało się w wąskim gronie. EP-ka bowiem nie brzmi kiepsko, ale czegoś jej brakuje, jakiegoś elementu, który sprawia, że jej zrozumienie wymaga komentarza. “En Route” brzmi bowiem jak połączenie The Knife i rodzimej Bokki, z odnoszeniem wrażenia jednak, że rzucająca się w uszy tajemniczość i mroczność budowana jest na siłę.

“En Route” jest przemierzaniem bezdroży – jak ujmuje sam zespół – i faktycznie coś w tym jest, jakaś magia Arizony i Nevady, przypadkowych klubów, w których znudzona wokalistka usypia pijanych miejscowych z suburbiów. Jest takim beznamiętnie wykonującym czynności pracownikiem hali przemysłowej z wielkimi maszynami, czy też tańcem kochanków, którym z organizmu schodzi wciągana dzień wcześniej kokaina. Jest dokładnie jak teledysk do “Pass It On” rzeczonego już The Knife, klimatem mogłaby zbudować trzy czwarte “Mulholland Drive” Lyncha. Jak Jean Michel Jarre w Stoczni Gdańskiej.

Debiutancki materiał Miss Is Sleepy jednak to ni mniej, ni więcej, ile tylko budowanie nastroju poprzez znane już dotąd i przemielone na dziesiątą część dokonania postindustrialne. Widać i słychać fascynację młodych artystów wszystkim tym, czego dokonali już poprzednicy związani z ambientem. To nie znaczy, że jest źle: ale wszystko to już było.

Kiedy blisko siedem lat temu wschodząca gwiazda The xx wydała debiutancki krążek wszyscy zastanawiali się, czy w tym minimalizmie i prostocie jest szaleńcza, acz doskonała wizja, czy też brak pomysłu na rozwinięcie. Oczekiwano więc “Coexist” z 2012 roku, który potwierdził jednak, że pomysłu brak, bo zespół (choć pierwszemu albumowi trzeba oddać pokłon) do znudzenia będzie przetwarzał i wtórował – może dlatego właśnie Jamie xx działa już z powodzeniem na własną rękę. Jeśli więc Miss Is Sleepy wejdzie na rynek z płytą długogrającą, którą udowodni, że “En Route EP” było tylko przedskoczkiem, bo zaplanowali atak na głęboką wodę na długie lata, to chylić czoła. Na razie jest to jednak wszystko, czego fani stonowanej elektroniki doświadczyli już przez ostatnie dziesięć lat.

Karolina Pasekmiss

facebook
bandcamp

,